Gminne praktyki nagminne

Lato w pełni zatem sezon targów, jarmarków i festiwali ruszył pełną parą. Jak co roku lokalne grupy działania oraz koła gospodyń wiejskich pojawiają się w swych tradycyjnych strojach, by częstować za symboliczne złotówki gości chlebem ze smalcem i czym tam jeszcze chata bogata. I wszystko byłby pięknie, gdyby nie fakt, że takie częstowanie jest nikomu nie potrzebne.

To że od dawien dawna różnoracy oficjele wykorzystywali do promocji regionów i samych siebie Koła Gospodyń Wiejskich wie każdy. Częstowanie kiełbaskami, nalewkami, pieczywem to już tradycja. Niechlubna i nieuczciwa. Ta tradycja przeniosła się teraz na imprezy agroturystyczne. Obserwujemy zatem taki oto schemat. Gmina postanawia wystawić się na targach. Ale nie ma pomysłu na promocję, poza oczywiście nikomu niepotrzebnymi archaicznymi ulotkami. Ale ma gospodynie lub Lokalną Grupę Działania. Zatem przeznacza się kilkaset złotych by owe gospodynie dzień i noc piekły ciasta i chleby, gotowały żurki i kapusty z grochem, ze spiżarń wyciągały najlepsze kiełbasy, szynki, drzemy i nalewki. A wszystko z własnych, zdrowych półproduktów, przygotowywanych wg oryginalnych receptur, przy kosztach i nakładach pracy znacznie przewyższających te, z jakimi mamy do czynienia przy masowej produkcji.  Mam czyste ręce – myśli urzędnik w Gminie odpowiedzialny za promocję. Na targach stoisko było, pieniądze na promocje wydałem, a że nikt nas nie odwiedza, no cóż, przecież to nie Zakopane i nie ma tu aż tylu atrakcji, by turyści masowo zjeżdżali się w nasze okolice. I po sprawie.
A turystów faktycznie nie ma więc pieniądze, a przede wszystkim trud kobiet z koła gospodyń wiejskich czy lokalnej grupy działania idzie na marne. I tak rok w rok, impreza w imprezę.



Jak to wygląda z punktu widzenia odwiedzającego? Taki oto obrazek przypominam sobie z kieleckich targów Agrotravel. Stoisko którejś z lokalnych grupy działania. Kilka skromnych materiałów promocyjnych na stoliku oraz chleb ze smalcem i kilka innych produktów. Pierwszy dzień targów więc obficie posmarowane kromki rozdawane są za darmo. Przy stoisku tłok, gospodyni w ludowym stroju nie może nadążyć z krojeniem chleba, pieczywa które sama piekła, smarowanego własnym znakomitym smalcem. Kilka osób zabiera ulotki, do wielkiej torby, bezmyślnie i bez zaglądania w ich treść, tylko po to, by zaraz je wyrzucić lub spalić w piecu. Reszta czeka tylko na kolejne kromki. Nikt nawet nie zwraca uwagi, skąd częstująca osoba przyjechała i w jakim celu się tu znalazła. Pod koniec dnia owa gospodyni odwiedza nasze stoisko i pyta o koszt reklamy swojego gospodarstwa w Agroturyście, rozmawiamy przy tym o promocji. Gospodyni doskonale wie, że jest wykorzystywana przez gminę, wie, że potrzebuje promocji w internecie oraz w turystycznej prasie, ale w tym gmina nikomu pomóc nie chce. Nikt z urzędników nie zauważa, że propagowany od lat pomysł na promocję nikomu nie przynosi korzyści. A nawet gdy zauważa, nie próbuje podjąć wysiłków, by to zmienić.
(...)

-----------
TM

Caly felieton ukazał się w nr 3(5)/2010 magazynu "Agroturysta"