Gospodarstwo ekologiczne - biznes czy hobby?

Z roku na rok przybywa w Polsce gospodarstw ekologicznych. Ich powstawanie jest reakcją, a może nawet buntem przeciwko coraz szerszemu używaniu środków chemicznych w produkcji warzyw i hodowli zwierząt. Niestety, zbyt niska świadomość ekologiczna Polaków powoduje, iż tego typu gospodarstwa to wciąż sfera hobby a nie gałąź gospodarki

Przykłady Niemiec, Austrii, a przede wszystkim Holandii pokazały, iż zbyt duża ingerencja zastępów chemików i genetyków w nasze jedzenie doprowadziła do stworzenia żywności być może estetycznej i taniej w produkcji, ale za to pozbawionej wartości, tak odżywczych, jak i smakowych. Jak wielki wpływ mają te zmiany na ludzkie zdrowie, przekonać się można obserwując chociażby znaczne zmniejszenie odporności naszych organizmów, oraz ekspansję wszelkich odmian alergii. Małe gospodarstwa ekologiczne stają się alternatywą dla wielkich ferm produkujących żywność na masową skalę. Niestety, „zdrowe gospodarowanie” wiąże się z podniesieniem kosztów produkcji, a co za tym idzie – z obniżoną opłacalnością.


Sytuacja taka doprowadza do tego, że gospodarstwa ekologiczne funkcjonują najczęściej na zasadach niemalże hobbistycznych. - Zawsze podobało mi się rolnictwo ekologiczne. Chciałam uprawiać zdrową żywność – wspomina Ewa Tomaszewska z Biadacza na Opolszczyźnie. – Mąż nie był jednak do końca przekonany. To przecież większy nakład pracy, a zarazem słabsze plony. Pozwoliliśmy sobie na nie, jako że prowadzenie gospodarstwa to w naszym przypadku tylko dodatkowe zajęcie. Oboje pracujemy gdzie indziej. Państwo Tomaszewscy hodują głównie drób, świnie, i od niedawna warzywa. Głównie na użytek własny, choć „nadwyżkę” rozprowadzają po znajomych i sąsiadach. Szczególnym zainteresowaniem, zwłaszcza wśród mieszczuchów niedalekiego Kluczborka, cieszą się wspaniałe, dorodne kaczki. Hodowane w gospodarstwie świnie trafiają do ubojni. Niestety, fakt, iż pochodzą z gospodarstwa ekologicznego, nie podnosi ich ceny. Takie działania odbiorców to jedna z głównych bolączek tego typu gospodarstw. Nikt nie liczy się z tym, że koszty są wyższe, nikt nie chce zapłacić lepszej ceny za lepszą jakość produktu rolnego. Józef Felis, również „gospodarz ekologiczny”, potwierdza tę opinię: - Sieję zboża, karmię tym zbożem zwierzęta, z tego uzyskuję mleko na ser, masło, śmietanę – wymienia.
To, co wyprodukuję sprzedaję na targu w Kluczborku. Niestety - po normalnych, nie „ekologicznych” cenach. Dla wielu osób już sam fakt kupowania żywności od „rolnika” świadczy o tym, że kupuje się produkty zdrowe, wiejskie. Nikt nie zastanawia się nad tym, iż często są to te same rzeczy, które spotkać można na supermarketowych półkach. Różnica polega jednak na sposobie ich wyprodukowania i środkach, jakie zostały do tego celu użyte. Tym jednak przeciętny konsument nie zaprząta sobie głowy. Felisowie prowadzą gospodarstwo ekologiczne od trzech lat. Tak jak w przypadku Tomaszewskich, powodem przebranżowienia była niechęć do stosowania środków chemicznych. Pan Józef zrezygnował z azotu i fosforu, dostarczając ziemi jedynie minerałów. Ma nadzieję, że wraz ze wzrostem świadomości ekologicznej, gospodarstw podobnych jak jego będzie powstawać coraz więcej.
Problemy, z jakimi borykają się gospodarstwa ekologiczne z Biadacza, dotyczą całego kraju. Ich sytuację poprawić może wzrost świadomości ekologicznej Polaków. W staraniach o dogonienie rolnictwa starej Unii należy zastanowić się, co tak naprawdę chcemy doganiać. Czy potrzebne jest nam sztuczne jedzenie, wielkie fermy i szklarnie z warzywami pełne chemikaliów? Szczególnie w sytuacji gdy w starych krajach Unii moda na zdrową żywność sama narzuca ekologiczny styl gospodarowania? My mamy do zaoferowania zdrowe i smaczne produkty, które przy odpowiednim wsparciu i współpracy wcale nie muszą być droższe. Wygoda zakupów w marketach oraz niska świadomość tego, co tak naprawdę jemy powoduje jednak, że ekologiczne gospodarzenie to wciąż jedynie satysfakcjonujące, lecz przynoszące nikłe zyski hobby.