Winna stolica Polski?

W tym roku po raz trzeci Zielona Góra była przez dziewięć dni winną stolicą Polski. Włodarze miasta jak i producenci lokalnych win próbują pokazać, na przekór tradycji i klimatowi, że Polacy kochają wino.

Jako zagorzały piwosz twierdziłem, że to nie może się udać i mam na to niepodważalne dowody. Po pierw-sze Polacy nie mają tradycji produkcji i picia wina. Dawniej  wino pito, ale raczej w domach szlacheckich. A i tak rzadziej niż piwo i miody pitne. Miliony polskich chłopów winem raczej się nie raczyły.
Po drugie tradycja uprawy wina w okolicach Zielonej Góry nie jest w żadnym stopniu polska, tylko niemiecka. Wraz z zakończeniem II wojny światowej praktycznie wygasła. Winnodajne wzgórza wokół miasta pokryły osiedla. Po trzecie – nie da się zmienić wieloletnich nawyków. Polacy lubią alkohol, owszem, ale raczej czystą wódkę i piwo. Wino, niespecjalnie, jeśli już to owocowe, lub słodkie deserowe.
Po czwarte, jaki smak może mieć wino z uprawy w Polsce? Ile mamy słonecznych dni w roku? Słowem, organizatorzy winobrania w Zielonej Górze musieli sprostać naprawdę wielu przeciwnościom.
Widok, jaki objawił się moim oczom po przybyciu na miejsce winnego święta wstrząsnął mną mocno.
Relacjonując tego typu zdarzenie powinienem napisać, że: cieszy, iż organizatorzy potrafili znaleźć niszę i nie powielać z wrześniowymi imprezami w innych regionach.  

Więcej w wydaniu papierowym "Agroturysty" (nr 1/2009) - zamów prenumeratę