Wędrówka przez Roztocze
Z tym, że odkrywanie świata jest fascynujące zgodzi się z pewnością każdy. Nie dla każdego jednak oznacza to, to samo.
Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że każdy ma swoją indywidualną receptę na to, jak zrealizować kilkudniowy wyjazd czy wielomiesięczna wyprawę…. Nasz przepis jest prosty: pozytywne nastawienie i otwartość na ludzi i otoczenie, do którego się udajemy, w połączeniu z dużą dozą dobrego humoru i szczyptą zdrowego rozsądku gwarantują sukces, a wiec to, że daną wyprawę zapamiętamy do końca życia.
Tak też i było w przypadku Roztoczy – regionu rozciągającego się między Wyżyną Lubelską a Podolem. Ta „nieskażona” wielkimi metropoliami kraina, to enklawa unikalnej i wszechobecnej przyrody, która pozwala prawdziwie dostrzec bogactwo prawiecznej „Matki Ziemi”. To także miejsce pogranicza, w którym bardzo namacalnie stykają się ze sobą różne kultury, tradycje i język. Choć region ten nastawiony jest na turystykę – powstają nowe szlaki, organizowane są różnego rodzaju festiwale i imprezy – wciąż mało osób decyduje się tu przyjechać. Ma to oczywiście swoje plusy i minusy. Dla tych, którzy pragną ciszy i spokoju będzie to z pewnością prawdziwy raj. Często, bowiem jest tak, że na szlaku nie spotykamy żadnego innego człowieka. Na naszej drodze pojawić się natomiast mogą dziki, sarny, jelenie czy też chodzące po rezerwacie koniki polskie – potomkowie dawnych koni leśnych zwanych tarpanami, które najlepiej obserwować z miejsca zwanego „stawami Echo”.
Sieć miejsc noclegowych i gastronomicznych skupia się raczej wokół większych miejscowości takich jak Zamość, Zwierzyniec, Szczebrzeszyn (ten, o którym pisał Jan Brzechwa w swoim wierszu), Susiec czy Tomaszów Lubelski ( miasto, w którym nie ma stacji kolejowej, a zamiast rynku jest duże rondo). Dla tych, którzy chcą zapuścić się w głąb regionu pozostaje spanie pod gołym niebem lub też korzystanie z gościnności miejscowych ludzi, którzy chętnie udostępniają miejsce pod rozbicie namiotu. Na trasie naszej wyprawy mało, kiedy napotykaliśmy na typowe kompleksy agroturystyczne. Kiedy jednak trafialiśmy – często zresztą przez przypadek – do jakiegoś gospodarstwa byliśmy, po prostu oczarowani.
Tekst: Anna Walentek, Grzegorz Żeromiński
Cały tekst ukazał się w magazynie "Agroturysta" nr 1 (3) luty/marzec 2010

