Egzotyczna Suwalszczyzna
O tym, że Polska to kraj prawdziwie egzotyczny przekonaliśmy się podróżując przez Suwalszczyznę. Pomysł na tą wyprawę zrodził się podczas penetrowania mapy Polski. Mały skrawek zieleni podziurawiony niebieskimi oczkami jezior, wydał się interesujący z kilku powodów.
Po pierwsze to miejsce pogranicza – od północy przylegające do Obwodu Kalingradzkiego (Rosja), od wschodu graniczące z Litwą i Białorusią. Idealne, więc dla ludzi, którzy lubią podróżować nie tylko fizycznie, przemieszczając się z miejsca do miejsca, ale przede wszystkim przenosić się w czasie, poznając historię i kulturę danego zakątka. Po drugie to region, w którym natura zaskakuje, łamiąc wszelkie geograficzne normy i ogólnie przyjęte zasady.
Mamy tu bowiem jedyny w swoim rodzaju biegun zimna oraz góry. Ważnym bodźcem, do odwiedzenia tego miejsca, stała się również chęć zobaczenia „na własne oczy” tego, czym zachwycał się Mickiewicz pisząc „Pana Tadeusza”. Scenerie, w których pola porasta śnieżnobiała gryka, w lasach zbiera się kosze pełne grzybów, a łąki oddzielają samotne drzewa, to nie epickie wymysły, ale prawdziwe krajobrazy – tak, bowiem wygląda współczesna Suwalszczyzna.
Podróż po tym urokliwym zakątku od początku sygnowana była znakiem dwóch kółek, ramy i siodełka, czyli najlepszego według nas środka transportu. Rower – bo o nim mowa, świetnie sprawdził się w pagórkowatym terenie Suwalszczyzny, gdzie większość tras wiedzie przez nieutwardzone, polne drogi. Jednocześnie, pedałując, mogliśmy zwiedzić wiele zagubionych i zapomnianych miejsc, gdzie dotarcie samochodem jest bardzo trudne, lub wręcz niemożliwe.
Punktem startowym naszej trasy były Suwałki, skąd ruszyliśmy na północ, w kierunku Wiżajn. Nie mieliśmy konkretnego planu. Chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej i spotkać ciekawych ludzi. Mimo, iż mieliśmy mapę regionu, postanowiliśmy używać jej tylko w ostateczności. Za kompas posłużyła nam intuicja, natomiast rolę przewodnika przejęli miejscowi ludzie, którzy mówili nam, co warto zobaczyć. Oczywiście nie zawsze wychodziło nam to na dobre. Już w pierwszy dzień przeżyliśmy prawdziwy chrzest bojowy. Wyjeżdżając ze stolicy regionu, natknęliśmy się na pewnego przemiłego cyklistę, który bez wahania zaprosił nas na swoją działkę i ugościł „czym chata bogata”. Uznaliśmy to za dobry znak, i po dłuższej rozmowie, wyruszyliśmy dalej, w poszukiwaniu miejsca na rozbicie namiotu. Nagłe załamanie pogody pokrzyżowało nasze plany. Znaleźliśmy się na prawdziwym pustkowiu. Nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i w którą stronę jechać. Huk piorunów wywoływał gęsią skórkę, a polna droga, którą podążaliśmy zaczynała zmieniać się w prawdziwy potok. Błądziliśmy przez dobre dwie godziny, pokonując dwustumetrowe pagórki, które zdominowały tutejsza rzeźbę terenu. Późnym wieczorem, przemoczeni do suchej nitki, dotarliśmy do Smolnik, gdzie udało nam się złapać tani nocleg. Jak się rano okazało, nadrobiliśmy sporo kilometrów, gdyż zamiast 25 nasz licznik wskazywał 100!
Suszenie ekwipunku zajęło nam dwa dni. W tym czasie zdołaliśmy zaprzyjaźnić się z rodziną, która wynajęła nam pokój oraz dokładnie zwiedzić okolicę. Dziewicza przyroda, pełna endemicznych gatunków zwierząt i roślin, to najcenniejszy skarb tego regionu. Zapadającym w pamięć obrazem, były stada bocianów, które przelatywały nam nad głowami. Jak się okazało miejscowi wierzą w powodzenie i dobrobyt, które zapewnia bliskość tego ptaka. Umieszczają, więc na dachach swoich domów stare opony, lub innego typu „stelaże”, które mają zachęcić bociany do uwicia gniazda. Wydaje się, że trud wniesiony w owe przedsięwzięcie jest jak najbardziej opłacalny.
Więcej w majowym numerze magazynu "Agroturysta" - zamów prenumeratę
Anna Walentek, Grzegorz Żeromiński

